Rys. Andrzej Sieński

W dawnych czasach, kiedy to jeszcze nie było mostów na Odrze, podróżnych przez rzekę przeprawiał łodzią przewoźnik. Często zdzierał jednak ze swoich pasażerów ostatni grosz, dlatego nie cieszył się on najlepszą sławą. W pewien ciepły, letni wieczór, gdy księżyc srebrzył wody rzeki, niespodziewanie ciemne chmury zasnuły całe niebo i nagle zrobiło się zupełnie ciemno. Umilkły stworzone ptaki, przerwany został hałaśliwy koncert żab i nastała przerażająca cisza… Wtem z przeciwległego brzegu rzeki rozległo się rozpaczliwe wołanie: – Przepraw mnie, przepraw mnie…

Jakież było zdziwienie przewoźnika, kiedy po dotarciu na drugi brzeg, nikogo tam nie zastał. Następnego wieczoru sytuacja powtórzyła się, znów ktoś jęczał i nawoływał z sąsiedniego brzegu. Przestraszony przewoźnik docierając na drugą stronę, z daleka widział jakąś niewyraźną, przygarbioną postać. Łódź właśnie zbliżała się do brzegu, gdy nagle biała jak mleko mgła szczelnie otuliła pochyloną sylwetkę nieznajomego. Trzciny zaszeleściły niespokojnie, jakiś ptak krzyknął ostrzegawczo. Przewoźnik nie mógł przyjrzeć się pasażerowi, który osłaniał się siwą, obszerną kapotą. Wsiadając mruczał coś niewyraźnie i cicho pojękiwał. Nie odpowiadał na żadne pytania, tylko pośpiesznie zajął miejsce z tyłu łodzi, która pod jego ciężarem gwałtownie się zakołysała i zanurzyła do poziomu lustra wody. Wiosłujący czuł dziwny niepokój i ogarniał go coraz większy strach, gdyż niespodziewanie przypomniał sobie opowiadania o tajemniczym, sprawiedliwym Siwoszu…

Płynęli tak w milczeniu i jakieś niedopowiedzenie wisiało między nimi, kiedy łódka niespodziewanie zatrzymała się na środku rzeki. Niezwykła, potężna siła blokowała wiosła i mimo, iż mięśnie ramion przewoźnika pękały od wysiłku, pot zalewał mu oczy, wszystkie żyły prężyły się w ciele, nie udało mu się przemieścić łodzi nawet o centymetr. Wreszcie po wielogodzinnym, zdawało się wieki trwającym morderczym wysiłku, dotarł omdlały do brzegu. Wówczas odgarnął z czoła zlepione kosmyki włosów i spojrzał uspokojony na tył łodzi, okazało się jednak, że nie ma w niej nikogo. Tajemniczy pasażer, jakby rozpłynął się w powietrzu!

Po kolacji odwiedził przewoźnika przyjaciel. Do późnej nocy rozprawiali o tym, co wydarzyło się wieczorem. Próbowali w jakiś logiczny sposób wytłumaczyć tę niecodzienną przygodę. W końcu gość ni to stwierdził, ni to zapytał: – Czy ta historia nie jest czasami ostrzeżeniem? Może zbyt dużo pobierasz za przeprawy?

I w tym momencie dobiegło z przeciwległego brzegu wołanie, od którego rozmówcom włosy zjeżyły się na głowach: – Przepraw mnie, przepraw mnie…

Antoni Meta, Legendy Ziemi Ścinawskiej cz. II, „Zeszyt Ścinawski” nr 4, Redakcja Andrzej Sitarski, Rys. ś.†p. Andrzej Sieński