Niedawno

149

Niedawno na cmentarzu na Krzywym Wołowie zobaczyłam tabliczkę: „Grób przeznaczony do likwidacji”.
Przerażające, jak marne jest to nasze jestestwo. Co by było, gdyby ktoś wpadł na pomysł likwidacji Cmentarza Łyczakowskiego, czy na Rossie? Może lepiej spocząć gdzieś pod gruszą? Niejeden sad na Dolnym Śląsku skrywa wojenne mogiły. O jednej szczególnej, ale nie jedynej w Konarach, czy Moczydlnicy, dowiedziałam się wiele lat temu.

Jest początek lutego 1945, siarczysta zima, Rosjanie ze zdwojoną siłą kontratakują. Tym razem nie dadzą się wyprzeć. Z ciężko chorym mężem i trójką małoletnich dzieci trudno pod ostrzałem uciekać. Niemieccy żołnierze też tego nie ułatwiają, ostrzeliwując rosyjskie pozycje zza stodoły.
Mężczyzna umiera 5 lutego, a kobieta decyduje się, by ruszyć z grupą mieszkańców w stronę linii kolejowej. Chce za wszelką cenę chronić dzieci. Trzeba jednak godnie pochować męża i ojca. Jak to jednak zrobić, skoro ziemię skuł 30-stopniowy mróz? Znajduje jedyne możliwe rozwiązanie. Tuż za domem jest głęboki lej po bombie i to tu spocznie Eduard.

Dopiero 40 lat po wojnie pojawią się tu jego dzieci, by złożyć przekazany przez ich matkę bukiecik białych kwiatów i opowiedzieć ich wojenną historię. Ona sama bała się tej podróży, wciąż czuła się winna „porzucenia”. Nie powinna. Spoczywa tam, gdzie czuł się szczęśliwy, gdzie znalazł swoje miejsce po przyjeździe spod poznańskiego Runowa, gdzie urodziła się trójka ich dzieci – dziś prawie 90-latków.

Od dziennikarza Łukasza Kazka usłyszałam niedawno, że wchodząc do resztek ruin jakiegoś poniemieckiego domu zastanawia się jakimi ludźmi byli jego mieszkańcy. Czy byli zagorzałymi fanatykami Hitlera, czy też może nie dali się zwariować chorej ideologii?
Grossowie byli katolicką rodziną, jedną z niewielu tu w Kunern/Konarach. Eduard pracował w nadleśnictwie i był sadownikiem hobbystą. Z jego pracy (powiedziałabym eksperymentów) w sadzie mogliśmy korzystać jeszcze długo, długo po wojnie. Tak chcę to pamiętać.