Nigdy, przenigdy nie lubiłem komunikacji miejskiej. Dziadkowie mieszkali w innym województwie, w Orzeszkowie – pięknej wiosce położonej tuż za Ścinawą. Dojazd był do niczego. Komunikacja miejska – autobus, potem długo, długo nic, a na końcu pociąg, który był dla mnie zmorą, zwłaszcza wtedy, kiedy drzwi należało otwierać własnymi siłami. Nieomal za każdym razem zamiast do dziadków dojeżdżałem do następnej stacji, czyli Wołowa. Szukałem alternatywy i dzień, w którym ją znalazłem w końcu nadszedł.
Znajomi rodziców emigrowali do USA i za symboliczną złotówkę (prawdopodobnie, bo jeszcze nie znałem wartości pieniądza) dostałem piękny, czerwony składak. Z oryginalnym lakierem i naklejkami oraz prawie prostą ramą… Nie pamiętam dokładnie, ale chyba Wigry 3. No i zaczęło się. Nie stałem już jak kołek na dworcu PKP, czekając na przeznaczenie w postaci wagonów z ręcznie otwieranymi drzwiami. Trasy, które do tej pory pokonywałem kopcącymi autobusami z perspektywy dwóch kół a raczej kółeczek nabrały nowej barwy i wyrazistości. To było jak przesiadka z czarno-białego telewizora Neptun 413 na nowiutki telewizor Full HD w wersji 3D. Poczułem wolność.

Niestety bieg życia był taki, jaki był. Zdałem egzamin na prawo jazdy, dostałem samochód. Trochę się jeździło, trochę remontowało. Sporo jadłem i sporo piłem. Szkoła, praca, rodzina, wypoczynek. Wakacyjna fotografia i upsssss… Życie sięgnęło trzydziestki, ale nie to było problemem. Problemem były wyrzuty sumienia, że zdjęcie z wakacji musiałem skorygować w programie graficznym. Nie, nie podkręcałem kolorów. Zrobiłem sobie wirtualne odsysanie tłuszczu, bo mój brzuch nie wyglądał zbyt dobrze. To był impuls, maleńki jak bomba atomowa. Pomyślałem: – Stary zachowaj spokój, ale weź się za siebie.

Szczęśliwie się złożyło, że od wujka zza zachodniej granicy dostałem piękną, czarną i odrobinę tylko porysowaną kolarzówkę z dumnie błyszczącym napisem peugeot. Tak to było to, wróciłem do czasów dzieciństwa. Super, wciskam krótkie spodenki, na plecy wrzucam plecak z piciem i pędzę by znów poczuć się wolny. Mniej więcej po dwóch kilometrach siedziałem już na kamieniu z jedną myślą: – Chyba zaraz umrę.
Przyjąłem do wiadomości, że przekroczyłem trzydziestkę. Załamka? Nie, przecież wiek to tylko cyfry, przełożę je na inny wymiar. Mijały kolejne miesiące. Ilość przejechanych kilometrów rosła a ja powoli czułem, że zmniejsza mi się ilość lat w metryce. Ok, może lat mi nie ubywało, ale też ich nie przybywało już tak szybko. Niestety, rower na dobre kilka zimowych miesięcy trzeba odwiesić. Ktoś niedawno nawet stwierdził: – Sorry taki mamy klimat.
Przyszła kolejna wiosna. Kolega biegacz dał się wyciągnąć na rowery w góry. Nie mogłem zrozumieć czemu jęczy (muszę odrobinę podkoloryzować – pozdrowienia dla Pawła), przecież wysiłek nie jest mu obcy. To że bieganie różni się od jazdy na rowerze, to akurat wiem, ale i tu, i tu pracują nogi. Żeby lepiej go zrozumieć, dałem się wyciągnąć na sobotnie, poranne bieganie. Dzięki Bogu poranne, miałem więcej czasu na regenerację. – Zrobimy jakieś cztery kilometry. Powiedział Paweł. Pomyślałem, co to jest cztery kilometry… Na szczęście samochód stał w pobliżu. Umarłem po raz drugi, ale ten dzień dał mi kolejną motywację. Muszę biegać, jest fajnie, męczę się, a po treningu śmierdzę jak stado skunksów. Tak, to dobrze maskuje postępujące procesy starzenia.

Dziś mogę się pochwalić stu dwudziestoma kilometrami nieprzerwanej jazdy na rowerze górskim (stówki wciągam nosem) i szesnastoma kilometrami ciągłego biegu (mentalnie nastawiam się na zrobienie połówki maratonu tzn. 21,0975 km). Od 2011 roku spaliłem 439 hamburgerów. Oszczędzam pieniądze na jedzeniu, bo jem mniej i zdrowiej. Nie koryguję już zdjęć w programach graficznych, bo nie muszę. Żeby stanąć na księżycu muszę pokonać jeszcze długą trasę, ale najważniejsze jest to, że czuję się młodszy o jakieś dwanaście lat, a moje życie stało się lepsze.