Sport sposobem na chorobę i życie

75

Przez całe życie uprawiałem jakieś tam sporty. Zacząłem od piłki nożnej i koszykówki, które nigdy mi specjalnie nie podchodziły, trochę tenisa, japońskich sztuk walki, aż to po osiedlowe sporty ekstremalne, czyli skakanie po dołach na pobliskich placach budowy czy chodzenie po drzewach. Na szczęście wychowałem się jeszcze w czasach, kiedy nie było komórek, tabletów, wypasionych komputerów. Cały swój wolny czas razem z kolegami spędzaliśmy na świeżym powietrzu.

Dorosłem. Miałem za sobą szkołę podstawową i średnią, a w czasie przerw w edukacji trzeba było dorabiać. Przecież nie mogłem wiecznie ciągnąć rodziców za kieszeń. I wtedy pewnego dnia diametralnie zmieniło się moje życie. Wracając ojca rowerem z pracy (jubilat 2 – cóż to była za maszyna), na jednym z zakrętów w centrum miasta miałem wypadek. Czołówka z Passatem. Kierowca był tak pijany, że nie wiedział nawet, iż siedzi za kierownicą. Wyprzedzanie ciężarówki na zakręcie nie mogło poczekać. Uratowało mnie tylko to, że tuż przed zderzeniem z autem uniosłem nogi do góry i odwróciłem się plecami do szyby. Cała reszta już poleciała schematem.

Karetka, policja, szpital i badania. Na szczęście nic sobie nie złamałem – przynajmniej wtedy lekarze mnie tak zdiagnozowali. Ból przeokropny, leki i wypis do domu. Leczenie nie wymagane – przecież oddychałem. Nie będę się rozpisywał się na temat służby zdrowia, ale byłem tak stęskniony za nią, że po dwóch dniach karetką na sygnale trafiłem z powrotem do szpitala. Problemy z oddychaniem, okropny ból w plecach. Nagle stwierdzili, że coś jednak o dziwo może mi dolegać. Co się okazało? Krwiak na śledzionie i pęknięty kręgosłup. Jako dwudziestolatek zostałem poinformowany, że prawdopodobnie śledziona jest do wycięcia (co jest równoznaczne z dożywotnią kuracją lekami odpornościowymi) i mimo braku uszkodzenia rdzenia w kręgosłupie, nigdy nie będę w 100% sprawny tak jak przed wypadkiem. W najgorszym wypadku wózek. Cały świat mi się zawalił. I tak leciały dni, tygodnie i miesiące. Postanowiłem sobie wtedy, że mam jeszcze wiele rzeczy do zrobienia. Bolała mnie każda część ciała, jednakże codziennie wykonywałem proste ruchy, proste ćwiczenia aby jak najszybciej wzmocnić organizm. Z pomocą przyszedł mi kolega, który zaraził mnie do jazdy rowerem, mimo iż to właśnie przez ten środek transportu byłem w takim a nie innym stanie.

Na początku krótkie trasy, a po 1 roku pierwszy wyjazd w góry na pożyczonym rowerze. Wtedy już wiedziałem, że tylko ćwiczenia i systematyczność pozwoliły mi na kontynuowanie mojej nowej pasji. Pewnie zastanawiacie się:… a co z plecami? Oczywiście zawsze bolały. Czasami mniej lub bardziej intensywnie, ale jedno miałem tylko w głowie. Jeżeli przestanę ćwiczyć to powrócę do stanu z wypadku, a na to nie mogę sobie pozwolić. To właśnie ta droga stała się moim natchnieniem na powiązanie pasji również z zawodem i sposobem na zarabianie pieniędzy. Po trzech latach od wypadku zacząłem studia trenera personalnego.

Strasznie mnie kręcił fakt, że mając do czynienia z ludźmi z problemami, byłem w stanie im pomóc powrócić do formy. Być może rozumiem ich lepiej poprzez własne doświadczenia, być może to kwestia charakteru. Obecnie mam 35 lat i do dziś nie rozstaje się z rowerem górskim. Wielkie problemy z plecami to już przeszłość. Wiadomo, że ćwiczę dalej regularnie, ale z uwagi na swój zawód wiem jak dokładnie, bezpiecznie trenować, układać ciało do podnoszenia ciężarów, unikać kontuzji itd. Dzięki temu korzystam z życia sportowego na różne sposoby – od snowboardu zimą, aż po jazdę terenową motocyklem latem. Wszystkim czytającym ten artykuł polecam aktywne spędzanie wolnego czasu. Nie ma znaczenia wiek, płeć, historia chorobowa. Trzeba odrobinę zawziętości i silnej woli. Poprzez systematyczność można korzystać z życia w każdej płaszczyźnie i uprawiać każdy rodzaj sporu, bez względu na przeciwności losu. Jedyne co ogranicza ludzi to wyobraźnia.