Triathlon to dyscyplina będąca połączeniem pływania, kolarstwa oraz biegania. Stając w szranki tego wymagającego trójboju nie wiedziałem czego się spodziewać. Prawdę powiedziawszy większość z nas potrafi pływać, jeździć na rowerze i biegać. Wystarczy połączyć to w jedną całość i gotowe.

A jak to się wszystko zaczęło w moim przypadku?

Rowerem jeżdżę od kiedy pamiętam i za namową trenera Wojciecha Kosendiaka wybrałem się na pierwszy wspólny trening kolarski z 5 osobową grupą. Mało precyzyjna reklama tego wydarzenia sprawiła, ze przyjechałem na miejsce zbiórki popularnym „góralem” w adidasach jak na piknik. To było najbardziej męczące 100 kilometrów w moim życiu. Okazało się jednak, że to na prawdę genialny sport. Czasami indywidualny, czasami zespołowy – bo jazda w peletonie to czysta przyjemność.

Tego samego dnia podjąłem decyzję o zakupie roweru szosowego czyli popularnej kolarzówki. Rower odebrałem kilka dni później i zacząłem uczyć się jazdy od początku. Kto na szosie jechał ten wie. Inny chwyt kierownicy, inne ułożenie ciała, inna dynamika jazdy. Pozostał jedynie trening, aby nabrać wprawy.
Pływanie wydawało się formalnością, bo przecież umiem pływać, ale w triathlonie (jak się okazało miesiąc później) nie chodzi o umiejętność pływania, ale o pływanie w zaskakująco trudnych i wymagających warunkach. Oczywiście miałem świadomość, iż etap pływacki rozgrywany jest w otwartych akwenach – jeziorach czy rzekach, ale nie spodziewałem się takiego obrotu sprawy. Większość z Nas pływanie kojarzy z 25 metrowym basenem, krystalicznie czystą i przejrzystą wodą i grubą granatową linią biegnącą po dnie, wyznaczającą środek toru.

fot. Pawel Naskrent/maratomania.pl

9 września 2018 r. Triathlon Mietków, mój debiut. Rozpoczynamy etapem pływackim, przede mną 950 m w Zalewie Mietkowskim, a tuż obok 500 zawodników. I tu pojawia się problem. 3, 2, 1, START. Nagle 500 osób wpada do wody, jak to zwykło się mówić na HURRA! Zaczyna się bitwa o przetrwanie, bo inaczej nie można tego nazwać. 500 osób to 1000 rąk i 1000 nóg, z których każda przez pierwsze 50-100 metrów daje z siebie maksa, żeby wypracować dobrą pozycję w stawce. Nie wiedziałem co się dzieje, machałem rękoma i nogami obrywając co chwilę ręką, pięścią, łokcie i stopą. Nikt nie robi tego celowo – to jest właśnie triathlon. Kolejny problem to nawigacja. 300 m od startu podobno jest boja, na którą trzeba się kierować, jednak z poziomu wody, bo tutaj pływak ma oczy, widać tylko ścianę wody, którą tworzą inni zawodnicy i setki rąk. Nie ma szans, żeby zobaczyć cel podróży. Dlatego ci najlepsi od startu idą co sił żeby oszczędzić sobie problemów z nawigacją. 950 m trwa całą wieczność, a to początek przygody.

Wyjść z wody pomagają dziesiątki wolontariuszy bez których triathlon nie mógłby istnieć i zaczyna się kolejna walka. Walka z błędnikiem. Ponad 20 minut w pozycji poziomej i nagle bieg. Pionizacja – ten element także się trenuje – wtedy jeszcze nie wiedziałem. Kilkaset metrów dobiegu do T1 czyli strefy zmian. Oddech nierówny, tętno wysokie, zawroty głowy i konieczność wydostania się z pianki neoprenowej (pływamy w nich szczególnie w niskich temperaturach ponieważ pomaga utrzymać ciepło; zdecydowanie poprawia wyporność i tempo pływania).
W strefie zmian najpierw zakładamy kasy, inaczej nie wolno dotknąć roweru (wiąże się to z kilkuminutowymi karami), buty, w moim przypadku okulary i jeszcze skarpety. Ten element czyli T1 także ćwiczy się na treningach – teraz już wiem.

Wybieg ze strefy i start roweru. Tętno około 150 uderzeń i w przypadku dystansu 1/4 IM 45 kilometrów trasy i jazdy indywidualnej na czas. Należy wiedzieć, iż większość zawodów rozgrywana jest w formule non drafting czyli jazdy indywidualnej. Oznacza to, iż nie można jechać w peletonie, nie można jechać bezpośredni na zawodnikiem czyli „na kole”. Należy zachować minimum 10-12 metrowy odstęp. W przeciwnym razie kara czasowa, a sędziowie nie śpią – jeżdżą po trasie na motocyklach. Jeśli chcemy wyprzedzić zawodnika, także mamy na to ściśle określony przedział czasu. Nie jest to taka łatwa sprawa.
Rower zajmuje mi ponad 1 h 22 min i kolejny etap czyli T2. Strefa w której zostawiamy rower – tutaj także liczą się szczegóły – najpierw rower musi znaleźć się na stojaku, dopiero później odpinamy kask – inaczej… KARA!
Buty biegowe, numer startowy na pasku i 10,5 kilometra biegu. To był najtrudniejszy bieg w moim życiu. Wcześniej przebiegłem setki kilometrów, ale nigdy nie poprzedziłem tego 2 godzinnym pływacko-kolarskim wstępem. Na tym etapie brak wiedzy o triathlonie, strategii, przygotowaniu odczułem najbardziej. Biegacze często mówią o „ścianie” czyli takim etapie zmagań w których w zasadzie ciężko ocenić gdzie jesteś i co się z Tobą dzieje. Nogi niby biegną, ale organizm jest ekstremalnie wykończony. Tego dnia pogoda niestety nie pomagała, bo temperatura przekraczała 30 stopni, a ja nie miałem ze sobą nawet czapki. Po pierwszej pętli czyli 5 km jeden z kibiców widząc, ze dosłownie ciągnę za sobą nogi rzucił mi czapkę i butelkę wody – mimo iż na trasie wolontariusze podają płyny – uratował mi tym sporo zdrowia.
Do mety dotarłem w czasie 3:00:02 – zabrakło 2 sekund do planowanego wyniku. Ukończyłem pierwszy triathlon czyli 950 m (pływanie) 45 kilometrów (rower) 10,5 (bieg).
Prawdziwi triathloniści mierzą się z dystansem 4 razy większym. To ludzie z żelaza.

Ten skrajnie wyczerpujący start zmotywował mnie do tego stopnia, iż po kolejnych zawodach, które odbyły się w Częstochowie podjąłem współpracę z trenerem. Od ponad roku mam okazję pracować z prawdziwym mistrzem. Mistrzem Polski na dystansie 1/2 IM, Mistrzem Polski w Duathlonie na krótkim i średnim dystansie, wielokrotnym zwycięzcom triathlonów na dystansie 1/4 i 1/2, jednym z najlepszych zawodników w kraju. Łukasz Kalaszczyński, bo o nim mowa to sportowiec z krwi i kości, aktywny zawodnik z ogromną wiedzą, świetnym podejściem i ogromnym autorytetem.
Zmienił moje postrzeganie tej dyscypliny wskazując drogę jaką należy obrać, aby czerpać z tego radość, satysfakcję, a może nawet się ścigać z innymi na dobrym poziomie. Aktualnie triathlon zdominował całe moje życie, nie tylko moje ale także mojej rodziny – ponieważ bez wsparcia i zrozumienia najbliższych zrealizowanie 18 jednostek treningowych w 2 tygodnie nie byłoby możliwe.
Niemal każdy dzień zaczyna się o 5:30, tak aby o 6 rozpocząć już trening. Kilka razy w tygodniu należy zrealizować dwie jednostki. Weekendy to w większość trening łączony czyli tzw. Zakładka. Pozwala zaadoptować organizm do zmiany dyscypliny. Pływanie+rower oraz rower+bieg.

fot. Mariusz Nasieniewski/maratomania.pl

Trening triathlonowy uzupełniam siłownią, aby utrzymywać organizm w możliwie najlepszej dyspozycji fizycznej. Nie ma mowy o efektywnym treningu jeśli organizm się nie regeneruje. Mam to szczęście, iż bardzo mocno wspiera mnie w tym obszarze moja prywatna siostra Aleksandra – fizjoterapeuta i osteopata, która stawia mnie na nogi kiedy trzeba.
Rower i bieg to dyscypliny siłowe i wytrzymałościowe, najgorsze – jeśli można użyć takiego słowa jest pływanie. To dyscyplina techniczna, nie ma znaczenia jak silny jesteś. Musisz być perfekcjonistą w wodzie, aby chwytać jej jak najwięcej i stawiać jak najmniejszy opór. Do tego dochodzą wszystkie niedogodności związane z pływaniem w tłumie.
Od kilku miesięcy pracuję nad warsztatem pływackim z Krzysztofem Gajewskim – rekordzistą polski w pływaniu w wodach otwartych bez pianki (78,8 km w 32,5 h bez przerwy).
Triathlon to także najnowsze technologie i prawdziwy wyścig zbrojeń. Moja pierwsza szosa ma już nowego właściciela triathlonistę ja przesiadłem się na rower czasowy. Różni się wyglądem, konstrukcją i aerodynamiką od zwykłego roweru szosowego. Minusem jest też niestety cena takiej zabawki. Bo zakup czasówki to jak zakup auta. Rama do tego cały osprzęt, kokpit, korba, blat, kaseta, łańcuch, koła, buty, kask. Ciężko wejść do sklepu dla triathlonistów i wydać mniej niż 1000 zł. A jeśli wydaje Ci się, że masz już wszystko okazuje się, że zmiana wkładu supportu, czy wózka na ceramiczny zmniejsza opór i pozwala zaoszczędzić kilkadziesiąt sekund. A jak to w sporcie bywa wygrywa się czasami o sekundę.

W obecnym sezonie przede mną jeszcze w starty. 17.08 dystans 1/4 IM w Więcborku oraz główny start sezonu 2019 czyli 1/2 IM podczas Castle Triathlon w Malborku. To podczas tego wyścigu rok czasu i 12 godzin treningu tygodniowo powinno przynieść efekt. Cel to 4:50:00.
A wszystko co mnie spotkało do tej pory to jedynie preludium, bo marzeniem jest ukończenie już w przyszłym roku pełnego dystansu IronMana:
Swim – 3,86 km,
Bike – 180,2 km,
Run 42 – 195 m (maraton).

W dobie komputerów, telefonów i cyfryzacji dobrze spotkać się w gronie osób, które cierpią z powodu identycznego sportowego nałogu. Sport to nie tylko zdrowie, ale przede wszystkim relacje międzyludzkie.
Moją triathlonową pasję dzielę z kolegami zrzeszonymi w ramach Sport Freaks Poland. To niezwykły kolektyw, zrzeszający ludzi wielu profesji, dla których sport jest nieodłącznym elementem dnia codziennego.
O triathlonie, jak o każdym sporcie można opowiadać godzinami – ważne żeby spróbować. A jeśli nie triathlon to może duathlon lub sam rower czy bieganie? Warto kształtować w sobie dobre nawyki i namawiać do tego innych. We dwójkę zawsze raźniej!