Kamienie, kamyczki, resztki kamionkowych naczyń. Utwardzona, polna droga? Nie, to membrana odbijająca tupot stóp i wspomnienia, morze wspomnień.
Te same polne kwiaty, zioła i łachy poziomek.

To tu na alejkach spędzaliśmy długie czerwcowe popołudnia, pałaszując czereśnie. Bywało, że musieliśmy bronić tego naszego miejsca przed Hunami – tabunami dzieciarni z całej okolicy. Im było wszystko jedno. Obrywali owoce wraz z gałęziami. My wiedzieliśmy, że wrócimy tam za rok. Zresztą nam też się czasami obrywało od osób, które sobie wymyśliły, że skoro czereśnia rośnie przy ich polu to mają do niej wyłączne prawo. A przecież czereśnie zasadzili poprzedni mieszkańcy, by ze sprzedaży owoców na targu zasilić miejscową kasę.

Niewiele już pozostało z tych naszych alejek. Drzewa umierają stojąc nie tylko w sztuce Alejandro Casony. Pomimo przemijania wciąż można tu trafić na ślady eksperymentów szkoły rolniczej. Nasz Franz otworzył ją w Konarach/Cunern na polecenie króla Fryderyka Wilhelma III w 1812 roku. Studenci z zagranicy zgłębiali w niej tajniki produkcji cukru, ale nie poprzestali tylko na tym. Stąd też rosną u nas żółte śliwki węgierki, granatowe mirabelki, czy też trzy rodzaje jabłek na jednym pniu – taka jabłonka rosła w babcinym sadzie. By miejscowa tradycja nie zaginęła, wujek działkowiec wyczarował nam takie podwójne, śliwkowe drzewko, oczywiście żółto-granatowe. Kropla drąży skałę.