Iść albo nie iść, oto jest pytanie. Z takim dylematem spotka się każdy, kto zechce spełnić swój obywatelski obowiązek. Szczególnie w Orzeszkowie.

W mojej miejscowości lokal wyborczy znajduje się na samym końcu wsi. Droga do niego daleka i żeby ją pokonać trzeba wybierać pomiędzy obowiązkiem a własnym bezpieczeństwem. Dlaczego?

Przecież chodnik na prawie całej swojej długości jest wypielęgnowany przez właścicieli przylegających do niego posesji. No właśnie… Prawie! Problem pojawia się w miejscu gdzie gospodarza brak, czyli przy wiejskiej świetlicy. Tutaj zaczyna się robić nieciekawie. Niezależnie od sympatii politycznych trzeba stawić czoła zielonej czeluści, która pojawia się pod nogami. Dokładnie w tym miejscu można wybrać jedną z dwóch dostępnych opcji:
1. Zejść na asfalt i narazić się na potrącenie przez pędzące do urny auta lub
2. stawić czoła polskiemu zielnikowi gigantycznych rozmiarów. Mówiąc wprost – pokonać niezliczone ilości babki lancetowatej, bylicy pospolitej, lebiody, chwastnicy jednostronnej, dymnicy pospolitej itp. Bez maczety się nie obędzie!

Jeżeli zaplączecie się w tym gąszczu – mogą się zachwiać wasze wyborcze preferencje i katastrofa na kolejne 5 lat murowana. Dlatego proszę o przemyślane decyzje. No chyba, że zdarzy się cud i ktoś zadba o naszą przyszłość, klarując nam jasne i przejrzyste przejście po chodniku prowadzącym na sam koniec wsi.